Zacznę od kwestii najbardziej mnie drażniącej, a mianowicie od seriali. Kiedyś, będąc w podstawówce, z wielką przyjemnością oglądałem "M jak Miłość", "Na Wspólnej", a czasami razem z dziadkami "Modę na Sukces". Jednak z czasem zauważyłem pewne elementy, które te wszystkie twory łączy.
Pierwszą z nich jest nadmierne, a momentami wręcz absurdalne przedłużanie fabuły. Jest to bardzo drażniące, bo zamiast budować napięcie, zaczyna rodzić zdenerwowanie. Przykładowo: Brooke rodzi dziecko, ale nie wie kto jest jego ojcem. W pewnym momencie do jej córki wbiega lekarz mówiąc, że zna odpowiedź. W czym szkopuł? Przez 20 minut powtarza jedynie "Ja wiem kto jest ojcem!", "Dzięki mnie sprawa się wyjaśni!", czy "To może zmienić twoje życie!". No cholera jasna, bardzo realistyczne i życiowe! Zamiast powiedzieć wprost, to śle bez przekonania takie kretyńskie teksty.