Zacznę od kwestii najbardziej mnie drażniącej, a mianowicie od seriali. Kiedyś, będąc w podstawówce, z wielką przyjemnością oglądałem "M jak Miłość", "Na Wspólnej", a czasami razem z dziadkami "Modę na Sukces". Jednak z czasem zauważyłem pewne elementy, które te wszystkie twory łączy.
Pierwszą z nich jest nadmierne, a momentami wręcz absurdalne przedłużanie fabuły. Jest to bardzo drażniące, bo zamiast budować napięcie, zaczyna rodzić zdenerwowanie. Przykładowo: Brooke rodzi dziecko, ale nie wie kto jest jego ojcem. W pewnym momencie do jej córki wbiega lekarz mówiąc, że zna odpowiedź. W czym szkopuł? Przez 20 minut powtarza jedynie "Ja wiem kto jest ojcem!", "Dzięki mnie sprawa się wyjaśni!", czy "To może zmienić twoje życie!". No cholera jasna, bardzo realistyczne i życiowe! Zamiast powiedzieć wprost, to śle bez przekonania takie kretyńskie teksty.
Druga rzecz: spłycanie miłości. Nie jestem niepoprawnym romantykiem i nie twierdzę, że w serialach nie powinien występować motyw zdrady, o nie! To też jest element życia codziennego, ale nie popadajmy w skrajności. Seriale mówią nam jedno: wszyscy zdradzają. Młoda para dopiero co się pobrała? Chłop pewnie już wyrywa laskę na boku. Szczęśliwe małżeństwo, które jest ze sobą już od 25 lat i wychowało dzieci i wnuki? Nie ma mowy żeby nie pojawiła się jakaś piękność, która by nie namieszała dla staruszka w głowie. Miłość w tych serialach pełni tylko przykrywkę dla następnej "tragedii życiowej", a partnerów wymienia się tam jak rękawiczki. Wszystko zgodnie z ze schematem:
1. Przypadkowe spotkanie dwóch ludzi
2. Zaproszenie na kawę
3. Rozpoczęcie flirtu
4. Kłótnie małżonków z powodu kochanka/kochanki
5. Wyznanie miłości dla nowej wybranki
6. Rozwód
7. Ślub kochanków
8. Pojawienie się rutyny w związku.
I koło się zamyka. Rozwód wcale nie jest żadną tragedią. Pełni on funkcję "zapchajdziury" w fabule, gdy kończą się pomysły.
Kwestia ostatnia: Bohaterowie o pewnych cechach zawsze są dobrzy/źli. Oglądałem ostatnio "Dlaczego ja?", gdzie była przedstawiona historia ojca, który wywalczył prawo do opieki nad córką. Wszystko szło gładko, pięknie. Żadnych krzyków, żadnych awantur... O co chodziło? Ten człowiek był gejem. Wraz z wyjściem tego na jaw okazało się, że córka jest wredną suką, która nie potrafi zrozumieć szczęścia ojca. No ja rozumiem, nauka tolerancji, ale znajdźcie jakiegokolwiek homoseksualistę, będącego złym charakterem. Więcej! Znajdźcie jakiegoś, który ma jakąkolwiek złą cechę! Otóż to, oni zawsze są przedstawiani jako święci, oderwani od rzeczywistości. Na szczęście na zachodzie już się od takiego przedstawiania odchodzi, ale u nas jeszcze do tego nie doszli.
Przeciwnie jest z kibicami piłkarskimi. Oni zawsze są tymi złymi, a ich jedynym celem w życiu jest komuś przyłożyć.
Z tych przyczyn, jak i wielu innych pozostaje mi tylko unikanie tego typu programów. Niestety wielu ludzi nadal ogląda je, uważając że są one bardzo życiowe.
Programy rozrywkowe, czyli niech wygra
"You can Dance", "Mam Talent", "Must be the Music"... Co łączy te programy? Wszystkie one w teorii szukają nowych talentów, wielkich osobistości, bądź nowych twarzy telewizji. Ale czy oby na pewno?
Zacznę od "Mam Talent". Ich hasła głoszą, iż chcą pokazać, że "Polak potrafi". Zgłaszają się więc różni ludzie. Poczynając od kaskaderów, po jedzących bigos. W czym problem? Mam szczere wątpliwości co do tego, że wygrywają ci co są najbardziej utalentowani. W tego typu programach brakuje obiektywizmu i emocje biorą górę. Co z tego, że przyjdzie człowiek, który potrafi działać cuda na rowerze, skoro nie ma tej słodkości, jaką daje śpiewająca 6-latka? I to jest właśnie największy problem tego typu programów. Nie mam nic przeciwko dzieciom w takim wieku, ale dlaczego na siłę robić z tego typu pozycji pokaz młodych talentów?
Kolejna sprawa, to profesjonalizm oceniających. Pewnie część telewidzów pamięta niesławne "Gwiazdy tańczą na lodzie", gdzie w jury zasiadała niejaka Dorota "Doda" Rabczewska. Co ona ma wspólnego z tańcem? Nic! To tak jakbym ja miał być oceniającym w zawodach muzyki barokowej. Coś tam słyszałem, ale temat jest mi całkowicie obcy. Podobnie z Kubą Wojewódzkim w "Idolu" i "Mam Talent", Anną Muchą w "You can dance", czy Agustinem Egurrolą w "Mam Talent". Serio, kto ich tam obsadził i z jakiego powodu? Chyba tylko z powodu wątpliwej sławy.
Oglądając ostatnio jeden z programów kulinarnych ("Master Chef", czy "Top Chef") łapałem się za głowę z powodu głupoty formuły tego programu. Ja rozumiem, że szef kuchni powinien sobie radzić w nerwowych warunkach i być kreatywny. Ale po jaką cholerę wrzeszczeć im do uszu "Zostało 20 minut!"? Jeszcze gorsi są jurorzy, którzy przeszkadzają uczestnikom zadając tak kretyńskie pytania jak "A wiesz, że to jest ciężkie zadanie?", "A wiesz że...". Po prostu czyste lanie wody, przy okazji więcej czasu antenowego przed kamerą.
Dobry dokument pilnie poszukiwany!
Tutaj pojawia się kolejna przykra kwestia, która od ponad roku jest zmorą kanałów o tematyce naukowej. Jest nią odejście większości programów popularno-naukowych na rzecz reality show i pseudo-rywalizacji.
Źródło: http://imgur.com/KJ9aL
Jeszcze kilka lat temu zapytany o najlepszy kanał naukowy, odpowiedziałbym, że jest nim Discovery. I to nieważne który, bo każdy z nich pełnił inną funkcję. Jak chciałem dowiedzieć się czegoś o fizyce kwantowej, czy o teoriach istnienia wszechświata, to włączałem Discovery Science. Gdy ciągnęło mnie do historii, to Discovery Civilisation/World stało otworem. A główny kanał oglądałem dla "Pogromców Mitów", "Brainiaca", czy dla poznania sztuki przetrwania.
Programy o pracy ludzi były już od dawna, jednak były one emitowane w znośnych ilościach ("Amerykański Cooper" i "Najniebezpieczniejszy zawód świata", tyle ich pamiętam), dzięki czemu można było je bez problemu ominąć, bądź przeczekać. Niestety firma stojąca za Discovery poczuła zazdrość względem konkurencyjnej stacji "History" (która stoczyła się już wcześniej) i zaczęło się... Najpierw główny kanał i Science wprowadzały kolejne gnioty. To jeszcze byłem w stanie przetrawić, w końcu World pozostawał w miarę nietknięty... Niestety nadszedł nieszczęsny wrzesień, kiedy to kanał historyczny zastąpiono programem "dla prawdziwych mężczyzn". Cokolwiek to znaczy...
Ta plaga dosięgnęła również i inne programy, jednak w o wiele mniejszym stopniu. Na National Geographic nie stanowią one zbyt wielkiego procenta, natomiast BBC Knowledge ogranicza się do "Dragon's Den" i "Top Gear" (chociaż ten ostatni jest po prostu świetny!). Wydaje się jednak, że najrozsądniejsze podejście ma mało znana stacja Viasat, w którym istnieje odrębny kanał na "reality show", a "Viasat History" i "Viasat Nature" pozostały nieskażone.
Mógłbym się na ten temat rozpisywać godzinami, jednak wystarczy spojrzeć na program tv z dowolnie wybranego dnia, aby zrozumieć skalę zjawiska.
Pora na "najważniejsze" informacje dnia
A jakże, czas napisać coś o czwartej władzy! Media, które głoszą, że są bezstronne, w rzeczywistości są źródłem propagandy (odkrywcze, nieprawdaż?).
Zacznijmy może od naszego rodzimego podwórka. Nie jest tajemnicą, że TVN24 jest zdecydowanie po stronie obecnego rządu. Wystarczy spojrzeć: zero informacji o obecnym zadłużeniu Polski, zero informacji na temat wielkiej emigracji Polaków na zachód, całkowite milczenie w sprawie częstych nieobecności polityków w salach sejmowych... Najbardziej bolesne jest natomiast zagłuszanie bardzo ważnych decyzji, całkowitymi błahostkami. Niektórzy zapewne pamiętają jeszcze całą tą szopkę wokół zakupu Boeingów "Dreamline'rów". Całymi dniami gadali o tym, pokazywali ich wielkość, nowoczesność. Była nawet transmisja na żywo i parada z powodu pojawienia się ich w Polsce. Tylko kogo to obchodziło? Ano polityków, którzy w tym czasie cicho przepchnęli ustawę o GMO. Nim media szanowne zechciały o tym poinformować, to już było po sprawie.
Podobna sytuacja nastąpiła 2 lata temu, kiedy to z żadnych mediach nie było ani słychu o próbie wprowadzenia ACTA przez Parlament Europejski. Dorzucili jakieś informacje dopiero po tym, jak Palikot zrobił z siebie kretyna, udając, że trzyma z internautami. Sam się dowiedziałem o tym od Amerykanów, którzy mieli podobny problem z SOPA i PIPA.
Ciekawsze są natomiast "dyskusje polityczne". Wystarczy że posadzą naprzeciwko siebie dwie osoby o skrajnych przekonaniach. Tylko czekać aż się zacznie show i można się zacząć zakładać kto zejdzie swoim poziomem niżej. A istną sztuką jest posadzenie koło siebie ponad 4 osób i rozpoznanie w gąszczu krzyków o co im chodzi. Dzięki takim ludziom nie potrzebuję kabaretu.
Nie lubię również robienia z drobnych wydarzeń wielkich sensacji. A tak się właśnie wydarzyło, że ostatnio furorę robi kretynka, która popisuje się, że jej prezentem pod choinkę będzie zabieg aborcji. No wielkie brawa! Jednak, o ile o niej słuch w niedługim czasie zaginie, to sprawa "Madzi z Sosnowca" nigdy nie straci na aktualności. Telewizja jest gotowa podać nawet najdrobniejsze informacje na temat toczącego się postępowania, pomimo tego, że nic ciekawego się w jego trakcie nie dzieje.
Zabraknąć nie mogło oczywiście i informacji o sytuacji za granicą. Tutaj trzymanie się jednej strony przez media jest bardzo widoczne. Przykład: Arabska wiosna ludów. O ile informacje o sytuacji w Tunezji były w pełni neutralne, to po pewnym czasie rządowi Egiptu, oraz każdemu kolejnemu, przyczepiono łatkę "reżimu".
Najbardziej szkoda mi Syrii. Cały czas media narzekają na Baszszara Al-Asada, ale nikt nie jest skłonny powiedzieć, że to głównie dzięki niemu kraj jakoś się trzymał. Ba! Słynął on ze swojej tolerancji religijnej względem chrześcijan! W żadnych mediach nie jest nawet powiedziane, że jest tutaj więcej jak dwie strony konfliktu, bowiem rebelianci składają się z grup, które nierzadko mają sprzeczne interesy.
Kolejna rzecz: Stosunek względem rządów na wschodzie. Jest postawione ultimatum: albo są proeuropejskie, albo złe. Putina nienawidzą, a Miedwiediewa traktują jako jego pacynkę. Na Białorusi Łukaszenko jest uważany za tyrana. Tak, to prawda, że rządzi twardą ręką, bez żadnego szacunku dla kultury białoruskiej. Nikt jednak nie mówi o tym, że Białoruś ma jedne z najniższych współczynników bezrobocia na świecie, każdy ma gdzie mieszkać, a miasta są o wiele czystsze niż te w Polsce.
O Ukrainie zbytnio się wypowiadać nie będę. Wiem tylko, że ta kwestia nie jest taka czarno-biała jak to ryczą nasi dziennikarze.
Film w przerwie reklamowej
To chyba najbardziej oczywisty temat do narzekań. Chyba nie ma takiego, komu przy oglądaniu filmu nie wyskoczyły reklamy w najgorszym możliwym momencie. Co gorsza, ich długość sprawia, że zanim się skończą, będzie można w tym czasie zapomnieć co się oglądało, a w tym czasie można by przygotować herbatę (kilka razy), wyprowadzić psa na spacer, przygotować kolację, czy obdzwonić wszystkich znajomych. Ja rozumiem, że telewizja zarabiać musi, ale żeby doszło do tego, że stała się platformą reklamową, gdzie co jakiś czas puszczane jest co innego niż informacje o najnowszych ofertach? Niby są jakieś regulacje ustalające dozwolony czas na puszczanie reklam, ale i tak ich długość sięga granic absurdu, powyżej której w ogóle by stacje nie przyciągały widzów. Nawet TVP, które tak prosi ludzi o płacenie abonamentu, wcale Polsatowi czy TVNowi nie ustępuje. Co prawda nie ma przerywania filmów w trakcie, ale między programami też stają całe mury reklam.
Jeszcze gorzej jest z ich "humorem", czy tematyką. Oglądając niektóre z nich czuję takie zażenowanie, że mam ostrą ochotę aby zmienić kanał. Pierwszy przykład z brzegu: "Aktorzy znani z reklam Plusa". Od samej ich kreacji na uroczych idiotów, po ich nieśmieszne żarty. Nic mi się w tym nie podobało. No i czy muszę słuchać bez uprzedzenia o żylakach, hemoroidach, albo zakażeniach pochwy?
Podsumowując...
Mam już szczerze dość tępego gapienia się w plastikowe pudło ze szklanym ekranem, bo coraz częściej mam wrażenie, że telewizyjne osobistości próbują na siłę zrobić ze mnie idiotę. Od października nie mam dostępu do telewizji, ale właśnie dzięki tej przerwie zrozumiałem jak mało jej potrzebuję. Do szczęścia nie jest mi potrzebne oglądanie gęby Niesiołowskiego, wiecznych kłótni w serialach, czy poznaniu środków na potencję. Dodatkowo dzięki brakowi telewizora mam więcej czasu na inne, bardziej pożytczne czynności. Skrótem: same zalety.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz